Autor Wątek: poród przez duże P czyli nasze historie o porodach  (Przeczytany 30392 razy)

Offline Iwosia

  • mama świeżynka
  • *
  • Wiadomości: 4
    • Zobacz profil
Odp: poród przez duże P czyli nasze historie o porodach
« Odpowiedź #105 dnia: Czerwiec 25, 2013, 03:40:04 »
Czytam te wszystkie Wasze Historie, przy niektórych płaczę, przy niektórych się wzruszam, albo po prostu uśmiecham. Każda z nich ma tą swoistą MOC :)

Ja przeszłam już trzy porody, ale opiszę jeden, ostatni, bo najświeższy:

Moja ciąża była trochę inna niż być powinna, bo od 12 tygodnia była podtrzymywana; patologia ciąży, pessar, przymusowe leżenie 25 tygodni, potem przedwczesne skurcze więc fenoterol, który fantastycznie zakonserwował moją macicę, że nawet w 37 tygodniu po jego odstawieniu nie zadziało się nic, co poród mogłoby zwiastować i jeszcze zbyt wysokie ciśnienie mimo dopegytu - ale co najważniejsze, dotrwaliśmy szczęśliwie do końca, taki był cel i się udało :)
05.02.2013  po ponownym powiadomieniu Pana doktora, jakie mam ciśnienie, nakazał mi przyjechać w dniu wyznaczonego terminu, jeśli nadal nie urodzę, około południa do szpitala na KTG i na podjęcie decyzji co dalej robimy, wywołujemy czy czekamy z racji głupiejącego ciśnienia, zapowiedział, abym już zabrała ze sobą od razu spakowaną torbę. Tego dnia, po telefonie pojechałam jeszcze z Synkiem na badania, potem do przedszkola i jak wróciłam do domu to nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić.. było dziwnie, poszłam przejrzeć torby spakowane do szpitala, przejrzałam raz jeszcze listę, podokładałam parę drobiazgów i.. i  zaczęłam płakać, sama tak z siebie zaczęłam płakać. Tylko dlaczego? Nie wiem sama, płakałam, stałam przed lustrem, głaskałam brzuch i płakałam. Żegnałam się z ciążą, panikowałam przed porodem i nie mogłam pozbyć się żalu, że nie rodzę tak znienacka, tylko czeka mnie szpital i próby wywoływania, a może nawet cc. Było mi smutno, było mi dziwnie i jakoś tak nieswojo. T wydzwaniał jak co dzień, czy dobrze się czuję, jak zniosłam pobranie krwi Małego, jak się po tym czuję, czy coś może się zaczyna? Nic, nic się nie działo, ja tylko chodziłam po domu i płakałam. W końcu postanowiłam, że muszę się jeszcze nacieszyć tym moim stanem, wygłaskać brzuszek i zrobić ostatnie upamiętniające go zdjęcia. Tak też zrobiłam, ale jakiś taki dziwny żal i smutek mnie nie opuszczał. Wieczorem ustaliliśmy z T, że On pojedzie skoro świt jeszcze do pracy, żeby móc się wyrwać około południa, a ja zawiozę Młodego do przedszkola, On potem po mnie przyjedzie, zjemy obiad i na spokojnie pojedziemy do szpitala. Ok.
 edit: muszę podzielić moją opowieść, bo nie mieści się w całości, mam nadzieję, że tak można?

Offline Iwosia

  • mama świeżynka
  • *
  • Wiadomości: 4
    • Zobacz profil
Odp: poród przez duże P czyli nasze historie o porodach
« Odpowiedź #106 dnia: Czerwiec 25, 2013, 03:41:42 »
06.02.2013 rano wyszykowałam Synka i pojechaliśmy razem do przedszkola, w szatni zaczepiła mnie kucharka z pytaniem czy mogą Mu podawać serki waniliowe, no i zaczęłyśmy rzecz jasna rozmawiać o mojej ciąży, o tym, że właśnie idę dziś do szpitala i nie wiadomo co dalej itd. Panie życzyły mi wszystkiego dobrego oczywiście i wróciłam do domu. W domu znowu strach, smutek i żal.. wzięłam się zatem za sprzątanie - musiałam zająć czymś myśli i być może trochę zmobilizować Tosieńkę. Zaczęłam szaleć, bo czasu było mało, odkurzyłam cały dom, wysprzątałam łazienki, zrobiłam pranie, pościeliłam łóżka, ogarnęłam kuchnię i brakło mi sił. Zmachałam się strasznie i chciało mi się okrutnie spać. Poszłam wziąć prysznic, zrobiłam sobie makijaż na wychodne do szpitala ;) przejrzałam raz jeszcze listę i torby - obsesja - i zagryzałam się z nerwów. ok 11.30 do domu wrócił radosny T, wyściskał mnie i spytał jak się czuję, przewalił oczami jak Mu powiedziałam ile się nasprzątałam i powiedział, że chyba zwariowałam i czy wybieram się gdzieś na dłużej ;) Mieliśmy szybko zjeść obiad, bo ja już chciałam jechać, coś mnie w środku gnało jakoś już do tego szpitala. Ja jednak jeść nie chciałam, T zjadł i dał mi snikersy które kupił na osłodę dnia, ale spakowałam je do torby bo nijak nie miałam na nic ochoty, najadałam się stresem i głupią paniką. W końcu wyjechaliśmy, po drodze do szpitala mieszkają moi rodzice, umówiliśmy się z Nimi wcześniej, że podrzucimy im fotelik samochodowy Młodego i klucze do nas do domu, bo nie wiemy co nas czeka w szpitalu i czy T będzie ze mną mógł tam być po przyjęciu na oddział i ile tam będzie mógł być, więc na w razie jakby nie zdążył czy nie mógł odebrać Synka z przedszkola, to niech to zrobią rodzice. Jadąc zadzwoniłam do mamy, aby zeszła na dół, bo już nie będziemy wchodzić, bo ja cały czas miałam takie poczucie "gnania". Podjechaliśmy na parking, Mama już czekała na nas, ja nie wysiadałam, T tylko przełożył fotelik do auta rodziców i dał klucze mojej Mamie, przez otwarte drzwi przekazałam Jej, że na biurku zostawiłam całą listę jakie leki i inhalacje ma brać Synek, że zostawiłam Jej skompletowane zestawy ubrań do przedszkola ewentualnie i wiele wiele innych. Popatrzyła na mnie takim troskliwym wzrokiem i spytała jak się czuję, bałam się cokolwiek powiedzieć, bo bałam się, że wybuchnę płaczem, pokręciłam tylko głową i przewróciłam oczami, a Ona pokiwała głową i się uśmiechnęła, powiedziała jeszcze, że wyglądam na strasznie śpiącą i że mam podkrążone oczy i to była prawda, spać chciało mi się okrutnie. Pożegnałyśmy się, powiedziała, że trzyma kciuki i żebym dawała znać co i jak. Odjechaliśmy. T był w wyśmienitym humorze, ja w znacznie gorszym, paniczny strach mnie nie opuszczał. Podjechaliśmy pod szpital MSWiA na ul. Wołoskiej w-wa , na parkingu nie było miejsca, więc mój stres wzrastał, pojawił się nieoficjalny "parkingowy" i krzyknął do T:
- hej, kierowniku jeśli nie na długo, to może tam Pan przed tą Hondą zaparkować, ale tak do 15stej, bo potem Pani Doktor odjeżdża, a jeśli na dłużej to proszę poczekać, zaraz coś się zwolni"
Czekaliśmy, bo nie wiedzieliśmy na ile, no ja to wiadomo, na dłużej, ale T nie wiadomo.
Wzdychałam, T widział mój narastający stres i próbował pocieszać, ale to na nic w sumie, ja nie umiałam się nie denerwować. Parkingowy pokazał, że zwolniło się miejsce, zaparkowaliśmy, wysiadłam, wtedy okazało się, że gdzieś tam bliżej zwolniło się miejsce. T powiedział żebym wsiadła, to przeparkujemy się, ale ja już chciałam iść, pojechał zatem sam, a ja szłam sobie powoli chodnikiem i wdychałam mocno powietrze, patrzyłam na otaczający mnie świat, przejeżdżający tramwaj, pana z dwójką dzieci, przejeżdżające samochody i tak szłam i "chwaliłam" się swoim pięknym brzuszkiem, fajne uczucie, brakowało mi go przez całą ciążę bo przez to, że musiałam większość niej przeleżeć, takie spacerki, delektowanie się otoczeniem i  podzieleniem się z nim moim szczęściem, jakim była ciąża, mój brzuszek.. było najzwyczajniej niemożliwe.
Podeszłam do zaparkowanego w nowym miejscu samochodu, T wyjmował już walizkę i torbę Tosi, ja trzymałam dwie małe reklamówki i teczkę z dokumentacją ciąży. T spojrzał na mnie i spytał "i jak? śpieszysz się bardzo co? zdążymy :)" Nasz "parkingowy" jak zobaczył mój brzuch, to tak rzekł:
- Ooo, to do porodu kierowniczko, tak?
ja na to:
- nie wiem, zobaczymy.
- no to trzymam kciuki, żeby tylko zdrowe było kierowniczko :) Kierowniku, gratuluję.
Poszliśmy do szpitala, szłam taka trochę sparaliżowana strachem, ale zaśmiałam się w głos, że jeszcze nigdy tak w zasadzie nie szłam sobie swobodnie z reklamóweczką w ręku do porodu, zawsze to była jazda już na sygnale niemalże bo wody odeszły i już skurcze nękały, a tu proszę, stąd też nie czułam się, że idę rodzić, szłam tak naprawdę po niewiadomą, bo nie wiedziałam co mnie tam czeka. Zakładałam, że spędzę w szpitalu kilka dni na próbach wywołania porodu i bałam się, bo nie wiedziałam jak to będzie wyglądało, czy będzie bolało, czy po wywoływaniu cała akcja się nie zacznie np w nocy i mój T nie zdąży dojechać, a może.. i takich pytań, chaotycznych myśli, strachu nie brakowało w mojej głowie. Staliśmy pod windą, która jeździła w tą i z powrotem i T zaczął się śmiać, że dobrze, że przybywamy tu jeszcze jak nie mam silnych skurczy :).Dojechaliśmy na drugie piętro - oddział Ginekologii i położnictwa, pod IP siedziało kilka osób, ale okazało się, że nikt z nich nie czeka w kolejce, zapukałam zatem do środka, powiedziałam dyżurującej położnej, że z polecenia swojego Doktora, przyjechałam na KTG i chyba też od razu mam zostać na oddziale, powiedziała, że ok tylko mam chwilę poczekać bo jest aktualnie pacjentka na KTG. Wróciłam do T, usiadłam obok i czekaliśmy. Po chwili z pokoju lekarskiego wyszedł mój Pan Doktor, zobaczył nas i podszedł:
- witam, jesteście, dobrze. Już Pani jest po zapisie?
- nie, jeszcze czekamy bo KTG zajęte.
- aha, no dobrze, a jak tam z tym ciśnieniem?
- no właśnie Panie doktorze, już miałam do Pana wczoraj dzwonić, bo miałam znowu 155/90, wzięłam dopegyt, odczekałam trochę, zmierzyłam i było ok 140 coś na 80 parę, ale po godzinie zeszło już do mniej więcej 120 parę.
- no, no właśnie, złe to ciśnienie, nie ma na co czekać, trzeba coś z tym już podziałać, dobrze, czekajmy na KTG i zobaczymy co i jak.
Wziął ode mnie dokumenty ciążowe i wszedł do IP, po chwili wyszedł, powiedział, że za chwilę mnie poproszą i zobaczymy co dalej.
Po krótkim czasie wyszła położna, zaprosiła mnie na KTG, położyłam się, zmierzyłyśmy ciśnienie, nie było złe, ok 127/87. W pokoiku KTG leżałam sobie tym razem sama, T czekał pod IP. Położna kazała mi trzymać/uciskać palcem jedno "kopytko" aparatu, serduszko nie szalało tym razem jak poprzednio, biło znacznie spokojniej, przyszła za jakiś czas inna położna, przesunęła mój palec w inne miejsce i powiedziała, że ok, pisze się i poszła. Korytarzem obok przechodził mój Doktor, zatrzymał się i zaszedł do mnie:
- no i jak, no proszę, Pani Iwonko, jakie piękne skurcze :)
- ... (???!!!!).. skurcze???
- no, proszę zobaczyć jaki tu piękny skurcz
i odwrócił do mnie aparat z zapisem, pokazał na wykres i wytłumaczył, który to skurcz. Byłam w szoku, bo ja nic a nic nie odczuwałam. Zbaraniałam.
- Panie Doktorze, ja nic nie czuję, żadnych skurczy.
- no ale są, czyli dobrze, idziemy dziś na porodową, damy troszkę tej oxytocyny i niech się dzieje :)
- ale jak to, dziś, na porodową, mam rodzić??? - szok mnie nie opuszczał.
- Iwonka, Ty jesteś już w terminie,(to prawda, na dziś mieliśmy dokładnie wyznaczony termin, o który tak dzielnie całą ciążę walczyliśmy) Twoje ciśnienie głupieje zbyt mocno, nie ma na co czekać, chcesz, żeby dziecko miało ( i tu wymienił mi kilka chyba chorób, powikłań, nie wiem, ale mój mózg będąc w ogromnym szoku, nie umiał tego dobrze zakodować..), nie ma na co czekać. My jesteśmy sąsiedzi obok ze wsi (to prawda, tak się złożyło, że mój Doktor mieszka i ma swój gabinet równocześnie w podwarszawskiej miejscowości graniczącej z naszą w której mieszkamy, podobnie się one nawet nazywają :) zawsze na wizytach mówił do nas "no my sąsiedzi", "my po sąsiedzku", "no moja sąsiadko" itd) i jak się kiedyś spotkamy w Auchan, czy na naszej głównej ulicy, to mamy się rzucać sobie na szyję, a nie uciekać na swój widok :)
Zaśmiałam się, no tak, to prawda, ma wszystko się przecież pomyślnie skończyć. W wielkim szoku i jeszcze większym strachu niż dotychczas leżałam sobie dalej pod KTG i słuchałam małego serduszka. Przyszła ponownie położna na kontrolę, zdziwiła się ,że aparat dziwnie stoi, wyjaśniłam jej, że był doktor i pokazywał mi na zapisie skurcze, powiedziała, że faktycznie skurcze jakieś wychodzą. Matko Boska, zieleniałam coraz bardziej ze strachu. Po skończonym KTG wyszłam na moment do T. Powiedziałam mu, że wyszły skurcze, których ja nie czuję. Zrobił duże oczy i uśmiechnął się, opowiedziałam mu rozmowę z doktorem i zostałam zawołana znowu na IP.Położna poprosiła abym weszła jeszcze za parawanik na badanie, przyszedł wtedy znowu mój Doktor i mnie zbadał oznajmiając:
- no proszę, rozwarcie na 3cm, pięknie, rodzimy :)
nie docierało do mnie..
- ale jak to możliwe, panie doktorze, przy poprzednim porodzie przyjechałam z 3cm do szpitala i z bólu już wysiąść z samochodu nie mogłam??
- poród porodowi nie równy, tak to czasem bywa. Przyjmujemy Panią Iwonkę na oddział już do porodu proszę..
jeszcze troszkę sobie ze mną pożartował i zaprosił do biurka. Tam przeprowadził wywiad ciążowy, standard, wypisaliśmy kilka dokumentów, położna uaktualniała moje wszystkie dane z ich bazy pacjentów, Doktor powiedział Jej, że wszystko jest tak jak w komputerze, bo to świeże z czasów jak leżałam na patologii i spytał mnie:
- kiedy to żeśmy zakładali ten pessar?
- w 15 tygodniu, 17 sierpnia..
- tak wcześnie? na prawdę to było aż tak wcześnie? no, to ładnie dotrwaliśmy. Dobrze, ja myślę, że dziś do północy urodzisz, najpóźniej rano (moje oczy nadal rosły..), jak już urodzisz, wyślij mi wiadomość :) (taki też miałam zamiar, nie ma sprawy :)  ). Gdzie my mamy cyrkiel? (położna podpowiedziała, że pod biurkiem).
Doktor zmierzył mi nim brzuch, pierwszy raz miałam okazję ten pomiar przejść w spokoju, bo wcześniej zawsze już byłam nieprzytomna z bólu.
- Ok, no to życzę powodzenia, proszę zabrać Panią na oddział i czekam na wieści :) Do zobaczenia.
cdn

Offline Iwosia

  • mama świeżynka
  • *
  • Wiadomości: 4
    • Zobacz profil
Odp: poród przez duże P czyli nasze historie o porodach
« Odpowiedź #107 dnia: Czerwiec 25, 2013, 03:42:59 »
Wyszedł, wziął skierowanie od T i wrócił by podrzucić je jeszcze położnej. Byłam zadowolona, że to mój doktor mnie badał i przyjmował na oddział, jakoś tak pewniej i bezpieczniej się z tym czułam, choć szok i stres nie odpuszczał, a ja funkcjonowałam jak dziecko we mgle..
Położna spytała czy mam się w co przebrać, czy chcę koszulę szpitalną. Matko, w co się przebrać? Miałam w walizce koszulę do porodu, ale jadąc tu zakładałam, że przebiorę się w leginsy i ciążową wygodną bluzkę, bo przecież ja jeszcze miałam nie rodzić. Poszłam po T, aby wziął już moje bagaże i pomógł mi się przebrać..
- ale jak to?
- mam 3cm rozwarcia, podobno mam urodzić do północy..
spojrzał na mnie z wielkimi oczami, ale i z ogromnym uczuciem i radością, ja ze łzami strachu w oczach.
Położna wskazała nam łazienkę, poszliśmy razem, ręce mi się trzęsły, nie pamiętałam gdzie spakowałam kapcie, T pytał w czym mi pomóc, ale ja skupiona szukałam kapci. Patrzył na mnie i się uśmiechał, ja panikowałam.
Wyszliśmy, położna zaprowadziła nas na oddział i przekazała w ręce innych położnych z traktu porodowego. Było ich tam sporo, poprosiły mnie abym usiadła na pomarańczowej kanapie i chwilę poczekała. Pokazała też T gdzie ma schować póki co moje bagaże. Na kanapie siedział młody mężczyzna, spytał mnie z uśmiechem czy do porodu, ja mu odpowiedziałam, że chyba tak, on na to, że od rana rodzą już z żoną.. jezu, tyle czasu? Było gdzieś ok 14-14.30. Postanowiłam wysłać smsy z odpowiedziami na pytania "i jak tam, coś się dzieje? co w szpitalu? itd"
- "na KTG wyszły skurcze których nie czuję, mam 3cm, idę na porodową, jestem zielona ze strachu :)"
Przyszła młoda pielęgniarka, poprosiła o podpis pod zgodą na badania przesiewowe i szczepienia, poprosiła o pierwsze ubranko dla Malucha i rożek.. no to był jakiś amok, podpisywałam te zgody, wskazywałam T gdzie znajdzie naszykowane, wydzielone i opisane pierwsze ubranko, ale tak na prawdę nie docierało do mnie, że rodzę.. Przyszła położna, zabrała mnie do jednej z sal porodowych, posadziła na łóżku i z drugą zbadały mnie:
- no tak, piękne 3 cm mamy, jak tam skurcze są jakieś?
- nie, nic nie czuję, ale na KTG podobno wyszły
- no dobrze, zaraz podłączymy Panią znowu. Pani jest po pesarze doktor nam mówił, tak?
- tak, dwa dni temu mi doktor zdjął i od razu powstało 1,5 cm
- no widzi Pani, jak dobrze założony był pessar :) no dobrze, to prosimy znowu na kanapę jeszcze
i gdzieś szybko poszły, ja się zwlekłam i poszłam na kanapę. T tam na mnie czekał, młodego mężczyzny już nie było, za chwilę się pojawił, prowadząc swoją strudzoną żonę pod rękę i pchając jej kroplówkę.. położna prowadziła ich na patologię ciąży, nici z porodu, nie wyszło im.. serce mi zabiło mocniej, Boże, a jak ze mną tak będzie, spojrzałam tylko wymownie na T, a On na mnie i w milczeniu spuściłam oczy. Przyszła w tej sekundzie położna i zaprosiła nas do kolejnej sali porodowej. Proszę tu poczekać, zaraz panią podłączę pod KTG. W sali stał już wózeczek/łóżeczko z naszym pierwszym ubrankiem dla dziecka, z rożkiem, książeczką zdrowia, różową opaseczką na rączkę i tabliczką na dane dziecka.. zrobiło mi się tak miękko na sercu i zaczęło do mnie docierać, że to już niebawem. Boże jak juz chciałam, aby w tym łóżeczku była moja Dziewczynka, żeby już było po porodzie, jak ja szalenie się go bałam, jak mnie cholernie zżerał stres, łza mi się w oku zakręciła. Poprosiłam T, aby póki co poszedł zarezerwować mi już ten pojedynczy pokój po porodzie.
- już? po co, zdążymy jeszcze
- proszę Cię, idź teraz, niech ja się juz tym nie denerwuje, bo może potem juz będzie za późno i będą zajęte.
- naprawdę, mam teraz iść?
- tak, proszę Cię, idź jak najszybciej, ja tu poczekam, nic się nie dzieje, nic mnie nie boli, idź proszę
Poszedł.
Zostałam sama, była godzina 15.00 obok na drugiej sali porodowej słyszałam była też dziewczyna, miała chyba już małe dokuczliwe skurcze.. przerażało mnie to. Chodziłam po sali i nie wiedziałam co ze sobą zrobić, myśli kołatały. Zadzwoniłam do Mamy, żeby powiadomić ją, że raczej muszą Synka odebrać, bo nie wiadomo o której T stąd wyjdzie. Mama też była w szoku, ale dodawała mi otuchy i powiedziała, abym dawała znać co i jak. Przyszedł T, pokój udało się zaklepać, opowiedział mi jak dyżurująca położna się uśmiała, że ja jeszcze nie urodziłam, a już pokój kazałam zaklepać, stwierdziła, że mam gest.T powiedział, że przesympatyczna osoba. Poprosiłam Go aby zrobił mi kilka ostatnich zdjęć z brzuszkiem zwłaszcza w tle z przyszykowanym wózeczkiem, tak też zrobił. Popatrzyłam sobie przez okno i zazdrościłam tym ludziom którzy tam przemierzali chodnik, że chciałabym być na ich miejscu, a jestem tu i bardzo się boję. Przyszła położna i podłączyła mnie pod KTG, na początku wszystko było ok, nic nie bolało, Malutka bardzo szalała w brzuchu, wypinała się jak zawsze i dużo się ruszała, kopała. Przyszła położna, żeby podłączyć mi kroplówkę, pierwsza igła miała być wbita w nadgarstek, ale pękła mi chyba żyła, bo nagle coś tak zaszczypało w ręku kawałeczek dalej od igły, jakby mnie prąd kopnął co najmniej. Położna zmarszczyła czoło i powiedziała, że szkoda, chciała tu wbić żeby było wygodniej, ale niestety musi to zrobić w takim razie w dłoni.  Ja leżałam i rozmyślałam, co dalej, jak to będzie, czy dam radę urodzić, co mnie czeka, strach potęgował, zadzwonił telefon, dzwoniła moja starsza Córka, odebrał T i przekazał mi słuchawkę, powiedziałam Jej co i jak, nie dowierzała, powiedziała, że słyszy serduszko z KTG, rozczuliła się, a mnie coś zaczęło pobolewać w podbrzuszu i powiedziałam, że będę kończyć bo coś mnie już boli.. było ok 15.30. Za krótki czas znowu coś zaczęło mocniej boleć.. to były pierwsze odczuwalne skurcze. Nie bolały jakoś okrutnie, ale spowodowały że oczy mi się zeszkliły, ze strachu. Poprosiłam, aby T mierzył mi czas między skurczami.. przyszedł kolejny i kolejny i każdy był coraz silniejszy, a przychodziły równo co 5 minut. Przyszła położna i spytała jak się czuję, powiedziałam jej, że zaczynam już odczuwać regularne, dość bolesne skurcze, hmm, a na KTG nie wyszedł ani jeden, zbadała mnie zatem i powiedziała, że jest piękne 4 cm. Spytałam o znieczulenie, że ja je będę bardzo chciała i chcę juz teraz o tym powiadomić, żeby nie było zbyt późno na podanie tak jak to mi się przytrafiło przy poprzednim porodzie, bo ja przysięgam, ale nie dam rady urodzić, a jeśli znowu okaże się, że jest za późno, to proszę mi o tym nie mówić, żeby moja psychika cały czas myślała, że znieczulenie za moment zadziała.. takie myślenie pomogło mi urodzić poprzednio, serio. Położne uśmiały się ze mnie i opowiedziały historię ich koleżanki po fachu, którą podobnie "oszukiwano". Skurcze były coraz bardziej bolesne, przeczekiwałam je z zaciśniętymi zębami i paznokciami wbitymi w łóżko, łzy samoistnie płynęły, strach nie opuszczał mnie nawet na sekundę, a wręcz potęgował, między skurczami leżałam i płakałam po cichutku, T głaskał mnie i pocieszał, ja Mu patrzyłam w oczy i łykałam łzy, mówiąc jak bardzo się boję, że w życiu tak się nie bałam, że chyba sobie nie poradzę i że chyba wolałabym już jednak cc.. wspierał mnie bardzo, przytulał i mówił, że jest koło mnie, przejdziemy to razem, że dam radę, że wierzy we mnie.. a ja nie umiałam uwierzyć w siebie, nie umiałam sobie poradzić ze strachem, tchórzyłam :( Chciałam iść do łazienki, jak przyszła położna to spytałam czy mogę, powiedziała, że tak, tylko jeszcze chwilę muszę poczekać, bo zapis dziecka jej się nie podoba na KTG, bo Maleńka raz bardzo szalała, a za chwilę słabła i położna chciała jeszcze Ją trochę poobserwować, bo ją to niepokoi. A faktycznie, mój Skarb kochany oszalał, chyba nigdy dotąd tak nie buszowała w brzuchu, do tego bardzo się wypinała. Po jakimś czasie przyszła znowu położna i odłączyła KTG żebym mogła iść do łazienki. Poszłam razem z T, pomagał mi przewieźć stojak z kroplówką. Weszłam do łazienki i w tym momencie odeszły mi wody, była 16.35 zawołałam T, a On położną, położna przybiegła, zobaczyła i powiedziała:
- no to pięknie, dobrze, szybciutko rób siusiu i chodź rodzimy :)
... umyłam ręce i nie mogłam wyjść z łazienki, złapał mnie tak wielki skurcz, że z bólu zawisłam na kaloryferze i nie mogłam się ruszyć, T mnie przytrzymał, zaczął masować plecy i wspierał. Skurcz odpuścił i zaprowadził mnie z powrotem na łóżko, przybiegła położna, szybko zbadała i poprosiła abym posiedziała na piłce. Usiadłam i za moment przyszedł znów tak okrutny skurcz, że wystrzeliłam do góry z tej piłki jak oparzona, nie byłam w stanie w tym bólu na niej siedzieć, oparłam się o łóżko i przewiesiłam się do przodu, tak chyba było mi najlepiej przeczekać ten ból. T nie odstępował mnie na krok, masował, pomagał, dodawał sił, wspierał słowem. Kiedy skurcz odszedł usiadłam znowu na piłce, ale za moment było to samo, wystrzeliłam z niej jak oparzona i zawisłam na łóżku pragnąc aby skurcz już odszedł. Przybiegła położna:
- czemu pani nie siedzi na piłeczce?
- bo nie jestem w stanie przetrwać skurczy w takiej pozycji
- no dobrze, połóż się, zobaczymy co tam mamy
zbadała i powiedziała;
- no super, mamy już duże 5 cm, zaraz będziemy rodzić
przyszła druga położna, ja miałam kolejny szalony skurcz, wiłam się z bólu na łóżku, powoli traciłam orientację, wszystko wokół zaczynało się dziać jakby poza mną. W obliczu kolejnych silnych skurczy, dobiegła mnie rozmowa położnych:
- pani właśnie odeszły wody - badają - nie, to chyba nie wody, nie to wody, tylko skądś wyżej lecą - i tu kolejne badanie, bardzo bolesne, skurcze przychodziły jeden po drugim, prosiłam już bardzo o znieczulenie:
- dobrze, zaraz zawołamy anestezjologa, tylko czekamy jeszcze na wyniki badań krwi, bo bez tego nie można znieczulać - Boże, jakie wyniki, jaka krew, mnie boli, ja chcę znieczulenie myślałam..
druga położna:
- naprawdę chce Pani znieczulenie? szkoda kręgosłupa, to wszystko wyjdzie potem na starość, zaraz urodzimy, może lepiej nie brać?
- błagam, chcę znieczulenie, nie obchodzi mnie teraz mój kręgosłup, chcę żeby już tak nie bolało, proszę..
- dobrze, zaraz przyjdzie anestezjolog, już pielęgniarka poszła po niego, jeszcze chwileczkę, oddychaj, dasz radę, oddychaj.. ooo tak, głęboko, oddychaj, pięknie.. - skurcz odszedł, to piękne uczucie, chwilowe, ale piękne, bo za moment znowu ten okrutny ból, znowu słyszę "oddychaj, oddychaj, o tak, powoli, głęboko, dobrze.." słyszę tak co i rusz, od położnych i mojego T, który cały czas mnie głaszcze, masuje, trzyma za rękę, jest wielki, jest, On tam po prostu jest i chwała Mu za to..
Kątem oka widzę jak ktoś wbiega do sali i krzyczy "mam wyniki" w tym samym momencie położna krzyczy "nie, nie podajemy, już nie, już rodzimy.. ". Jezu, to były moje wyniki krwi do znieczulenia, nie podadzą mi go, nie podadzą.. chciałam zagryźć z wściekłości i bólu wszystkich po kolei.. załamałam się, nie dam przecież rady, to jest ponad moje siły, nie dam rady..  nagle słyszę:
- dobrze, rodzimy, zaczynamy, przyj, proszę przyj..
Nie jestem w stanie, boli tak okrutnie, że nie jestem w stanie skupić się i zmusić organizmu do podjęcia działań w celu parcia, wiję się z bólu, wydaje mi się, że to nadal skurcze, ale to wszystko dzieje się w jakimś szalonym tempie, to chyba nie skurcze, to coś gorszego, boże, to coś gorszego, jak dotąd myślałam, że skurcze porodowe to rzecz najbardziej bolesna na świecie, ale jeszcze nigdy czegoś takiego nie czułam, ból jest tak ogromny, że zaczynam mieć drgawki, nie umiem racjonalnie myśleć, nie potrafię przeć, chcę wstać, uciec, nie panuję nad sobą, nie panuję nad bólem, moja psychika oszalała, chcę uciekać, krzyczę, płaczę, błagam o pomoc, nie radzę sobie, nie umiem, nie umiem..bezsilność, niemoc, panika, BÓL!!! Położna każe mi dociągnąć do siebie nogi, nie jestem w stanie, ból zapanował nad moim ciałem i moim umysłem, nie jestem w stanie współpracować, nie umiem, nie wytrzymuję. Położne na siłę dociskają moje kolana za mnie, ja zupełnie nieświadomie siłuję się z nimi, chcę na siłę wyprostować nogi i wstać, wstać i biec, uciec.. wydaje mi się, że jak wstanę to przestanie boleć, nie kontroluję tego, to wszystko dzieje się samo, to nie ja, to moje ciało, ono też tego nie wytrzymuje. Nie wiem jak, nie wiem skąd pojawia się koło mnie jakiś lekarz, w przebłyskach świadomości rozpoznaję Go, pamiętam Go z czasów jak byłam tu na patologii, bardzo fajny, miły i kompetentny lekarz, zapadł mi dobrze w pamięć. Ja nadal chcę uciec od bólu, lekarz prosi aby mój T zamienił się z nim na miejsca, łapie i pomaga mnie zatrzymać położnym, On też się dołącza do dopingowania mnie "przyj, przyj, teraz, jest skurcz, przyj, zaraz urodzisz, przyj..." ale ja nie czuję tego skurczu, czuję jeden wielki rozrywający nie do opisania ból, nie mogę wykrzesać sił, aby przeć, nie umiem poradzić sobie z bólem, błagam o pomoc, błagam zalana łzami... ciężko znaleźć słowa opisujące wtedy moje myśli, moje odczucia, mój stan. Przerosło mnie to, nie byłam w stanie temu podołać, ani fizycznie, ani psychicznie.. Czułam jak wyschło mi gardło, nie miałam czym przełykać, dobiegł mnie w tym całym chaosie głos "niech pan jej da wody, usta jej spierzchły, przecież język jej kołkiem stanie, wody, proszę dać jej wody" i pojawiła się nagle butelka z wodą nad moją twarzą, w tej samej sekundzie moja ręką odsunęła ją gwałtownie, z nerwowym gestem, a pić chciało mi się szalenie, ale walczyłam z bólem i z samą sobą, nie miałam jak się napić.. za chwilkę poczułam mokry gazik na ustach, wyssałam z niego wodę chyba co do kropli, niczym spragniony na pustyni -
cdn

Offline Iwosia

  • mama świeżynka
  • *
  • Wiadomości: 4
    • Zobacz profil
Odp: poród przez duże P czyli nasze historie o porodach
« Odpowiedź #108 dnia: Czerwiec 25, 2013, 03:45:23 »
mi opowiadał, że jakaś pielęgniarka szybko podała mu ten wacik i podpowiedziała, aby tak to zrobić, dziękuję kochana kobieto!! - za chwilę takim samym mokrym wacikiem T ocierał mi czoło, dziękuję kochany mój!! Ja nadal nie umiałam poradzić sobie w pełni z parciem, a ból narastał, mnie ogarniała tym samym coraz większa panika. Położna w pewnym momencie postanowiła mnie przywołać do porządku, kiedy kolejny raz wołałam aby mi pomogli urodzić, bo ja nie mogę, krzyknęła wtedy:
- Iwonka, my Ci pomagamy, cały czas, tylko przyj, zaraz urodzisz, nie mów już nic, weź głęboki oddech i przyj, dasz radę, przyj - ja chciałam przeć, ale nie mogłam, próbowałam, ale nie mogłam, nie wiem, po prostu z bólu nie mogłam zmusić moich mięśni do tego, choć bardzo chciałam i stąd ta niemoc, to moje błaganie o pomoc, nie wiem jaką, ale bardzo chciałam aby mi ktoś pomógł..
Druga położna wtedy dodała:
- dobrze, odpocznij, weź oddech i przy kolejnym skurczu przyj.. - ok, tak też chciałam, ale ja nie czułam skurczy, ja czułam zupełnie inny ból i to non stop, niż skurcze, ja nie wiedziałam kiedy przeć, jak przeć, było tak zupełnie inaczej niż przy poprzednim porodzie, wtedy faktycznie był skurcz za skurczem, ze nie było nawet sekundy oddechu między nimi, ale były one dla mnie wyznacznikiem do parcia, a teraz, te straszne skurcze gdzieś zniknęły, zostały zagłuszone przez jakiś diabelsko silny, trwający non stop ból, który nie pozwalał mi na nic, katastrofa. W końcu położna złapała moją rękę, położyła mi ją między nogi i krzyknęła:
- czujesz? to jest główka, czujesz? przyj, weź głęboki oddech i wyprzyj ją i urodzisz!!
to co wtedy poczułam było dla mnie szokiem, swoją dłonią obejmowałam maleńką główkę swojej Córeczki.. to jest coś nie do opisania, to było coś tak wspaniałego, tak innego, tak.. nie wiem, brak mi słów,  to było piękne!  Usłyszałam wtedy mojego T:
- tak, ona tam jest, główkę już widać, przyj kochanie, dasz radę, zaraz urodzisz, zobaczysz, przyj proszę..
W jednej sekundzie spojrzałam w dół i ujrzałam połowę maleńkiej główki, to były ułamki sekund i nie wiem co się wtedy stało, ale to była najlepsza rzecz jaką mogła zrobić położna, to była chyba ta pomoc jakiej potrzebowałam, wstąpiły we mnie wtedy jakieś nadprzyrodzone siły chyba, zamknęłam oczy, zaparłam się i z nieludzkim krzykiem wypierałam moją maleńką Córeczkę, miałam wrażenie, że bębenki w uszach mi pękają, brakowało mi tchu, przez moment nie słyszałam nic, jak bym wpadła pod wodę, po chwili znowu zaczęły dobiegać mnie głosy "przyj, tak, jeszcze troszkę, jeszcze wytrzymaj, tak, tak, jeszcze, jeszcze.." nie wytrzymałam, musiałam przestać, musiałam złapać oddech.. T mnie głaskał i dopingował, trzymał za rękę i dociskał głowę, lekarz pomagał mojemu dziecku wydostać się, uciskając mój brzuch, położna z pielęgniarką dociskały mi nogi, druga położna trzymała główkę mojej córeńki, wszytko było jak za mgłą, trwało kilka chwil, a dla mnie było to jakby w zwolnionym tempie.. zebrałam kolejne nadprzyrodzone siły, zacisnęłam oczy, wbiłam paznokcie w ramię lekarza, zapierając się o niego, drugą ręką złapałam rękę mojego T i z filmowym krzykiem wydałam na świat moje Maleństwo!!! była godzina 17.13..... nagle okrutny ból ustąpił, znacznie zmalał, otworzyłam oczy i ujrzałam w rękach położnej moje dzieciątko, rany boskie, jakie czarne włoski :) wyciągnęłam momentalnie ręce, złapałam to maleństwo, które jeszcze nie płakało, pielęgniarka, czy lekarka, nie wiem kto? ktoś, krzyknęła "dziecko zakrztuszone, trzeba odflegmić" i w jednej sekundzie coś maleńkiej włożyli do buźki i zaczęła płakać, przyciągnęłam Ją do siebie, położyłam na piersi i tuliłam do siebie, płacząc jak dziecko, ciesząc się w głos, łkałam jaka jestem szczęśliwa, jak cudownie, że już Ją mam.. łzy szczęścia i ulgi płynęły mi jak szalone, to było ogromne wytchnienie, patrzyłam na mojego T i płakałam ze szczęścia, a On ze mną, przytulił mnie, pocałował mówiąc jak bardzo mnie kocha i jaka jestem dzielna - tuliłam tą moją maleńką, płaczącą mięciutką galaretkę i płakałam ze szczęścia. T mnie głaskał i ocierał łzy.. widziałam tą Jego radość w oczach, ten błysk, to były tak magiczne chwile, przyszła taka MOC!!! Nie ma większego w życiu szczęścia i większej euforii jak w takim momencie, choć to nie do końca prawda, że wraz z tą radością zapomina się o całym bólu, bo ja nie zapomniałam i pewnie jeszcze długo nie zapomnę, ale nie zmniejszyło to mojej ogromnej radości, tam, na tej sali nr 1, na oddziale położniczym, w Centralnym Szpitalu Klinicznym MSWiA przy ul. Wołoskiej w Warszawie, była ogromna eksplozja miłości, ukojenia i radości o godzinie 17.13, 06 lutego 2013 roku. Pisząc to, lecą mi łzy jak grochy, to jest tak magiczny czas, tak nieprawdopodobnie wielkie szczęście, że ciężko ubrać to w słowa... Coś wspaniałego!! Witaj Maleńka, nasza mała Córeczko :)
T wykrzesał kilka chwil, aby uwiecznić ten moment na zdjęciach, ja tuliłam swoje maleńkie wielkie Szczęście, a On robił nam zdjęcia, za chwilę położna spytała, czy chce przeciąć pępowinę :) naturalnie, że chciał, wziął nożyczki i ją odciął, myślę, że to bardzo ważny moment w Jego życiu :) Ja rozkoszowałam się naszą mięciutką galaretką nadal, która tak głośno płakała, a ja Ją tuliłam i całowałam..coś pięknego :)
Na moment czar prysł, bo trzeba było urodzić jeszcze łożysko.. co do miłych rzeczy nie należało. Byłam tak obolała, że nawet chyba podmuch wiatru był dla mnie bolesny. A łożysko jak na złość się przykleiło i nie chciało się urodzić. Położna ciągnęła pępowinę do góry i na dół, co dość mocno bolało, posyczałam trochę z bólu i usłyszałam.. "poprzyj troszkę", no nieee, ja już nie chciałam tego słyszeć, no ale to już było zupełnie inne parcie i po krótkiej walce z łożyskiem udało się, odetchnęłam z ulgą, ale zupełnie nie zarejestrowałam momentu jak zabrano mi moje Maleństwo.. dziwne uczucie, za chwilę jednak już Maleńka powróciła, już ubrana, zawinięta w rożek i przyjechała już w szpitalnym wózeczku. Przywiozła Ją pediatra, która nam się przedstawiła, pogratulowała i wypowiedziała cudne zdanie:
- Wasza Córeczka jest ZDROWA, dostała 10pkt, waży 3740g i mierzy 55cm :)
Przyszedł Pan doktor, który pomagał przy porodzie i oznajmił mi, że musi założyć kilka małych szwów, bo powstały lekkie otarcia, na szczęście nic nie pękło, ani nie było nacinane - wow,  choć czułam, że jest zupełnie inaczej to ucieszyłam się bardzo, ale i zmroziło mi krew na myśl o jakichkolwiek szwach i walnęłam ot tak:
- naprawdę musi mi pan te szwy zakładać? z nadzieją, że odpowie "nie ma takiej potrzeby", ale
Doktor się uśmiał:
- niestety muszę, zapewne nie chce pani bez nich zostać :) nie będzie bolało, podam znieczulenie:)
Muszę pana poprosić o asystowanie - zwrócił się z uśmiechem do T - wszyscy nam uciekli - a to prawda, obok na sali te same katusze co ja przed chwilą, przechodziła inna dziewczyna, rodziła właśnie swoją córkę i krzyczała zupełnie jak ja "pomocy, pomóżcie, rodzę, chodźcie do mnie..." i wszyscy do niej pobiegli, zostaliśmy tylko z doktorem. - proszę, niech mi Pan tam z szafki wyjmie taki lek, odkręci i mi go poda.
 No i mój T dzielnie się spisał, ale przyszła szybko jakaś pielęgniarka i już dalej ona przejęła asystę.
- lekko tylko znieczulenie zakłuje, o tak (syczę trochę...) i już będzie ok, poczuje pani tylko przeciąganie nitki, ale boleć nie będzie :)
 O rany, "tylko" przeciąganie nitki.. posyczałam troszkę, ale dałam radę. Z drugiej sali, gdzie ta biedna dziewczyna wiła się z bólu (strasznie jej współczułam), położne zaczęły wołać:
- Mateusz chodź, chodź szybko!!
No i doktor Mateusz, chcąc nie chcąc musiał biec pomóc.. po chwili wrócił i mógł dalej zakładać szwy. Sajgon, istny sajgon :) W tym momencie wpadła jakaś pielęgniarka:
- kończy już Pan? Panie Doktorze, bo mam kolejną rodzącą..
- no jeszcze nie, jeszcze chwilkę
za kilka chwil znowu, tym razem położna:
- Mateusz, kończ już, proszę, pośpiesz się!
- No nie mogę, przecież ja szyję
- ale Ona mi już tu rodzi, stoi pod drzwiami i rodzi..
Okazało się, że tego dnia godzina 17sta byłaś jakaś szalona, były 3 sale porodowe i 4 rodzące naraz, pod drzwiami mojej sali wiła się z bólu dziewczyna która już praktycznie rodziła.. Doktor Mateusz kręcił tylko głową z lekkim uśmiechem i chyba sam nie dowierzał, że to wszystko dzieje się naprawdę. T zbierał już nasze rzeczy z sali, przechodząc niechcący kopnął i przestawił lampę z której korzystał pan doktor, na co On rzucił szybki żart. Położne biegały jak szalone. Pan Doktor w końcu skończył szyć, przeprosił, ale mógł mnie w tej sytuacji przemyć jakimś zimnym płynem, a nie ciepłą wodą, wtedy już wjechało łóżko, T wyjechał już z maleńką z sali, w pośpiechu przekładano mnie na to łóżko, przez co zaległam na nim w jakiejś dziwnej niewygodnej pozycji, a że byłam obolała, to nijak nie mogłam się przekręcić i ułożyć odpowiednio. Wyjeżdżając z sali, mijałam tą rodzącą czekającą - biedna, była zgięta w pół i praktycznie gryzła już ściany z bólu. Zdążyli nas ustawić obok, w takim bocznym małym korytarzyku, a już z mojej sali porodowej dobiegły krzyki tej rodzącej i głos położnej "przyj, Natalia przyj..". Szaleństwo, istne szaleństwo :) dzieciaczki rodziły się na potęgę, expresowo :) My już w spokoju sobie odpoczywaliśmy w trójkę w tym małym korytarzyku, przyglądalismy się naszej Kruszynce, nie dowierzając jak szalenie jest podobna do braciszka, wyglądała identycznie jak On zaraz po narodzinach, była piękna, miała spuchnięte oczka, nosek i usteczka, z buziuńki leciała ślinka, była taka maleńka. Tak się cieszyłam, że poród juz za mną, wszystko mnie bolało i było mi strasznie smutno, że nie dane nam było poleżeć tak z maleńką na moim brzuchu znacznie dłużej, no ale niczyja to wina, dzieciaczki  postanowiły rodzić się praktycznie w jednym czasie, ja urodziłam pierwsza z wszystkich, zatem to na nas padło, że musimy ustąpić miejsca następnej rodzącej. Ale nie mniej jednak było mi przykro, tak o tym marzyłam, żeby było juz cicho, spokojnie i my razem we troje z maleńką na brzuchu, z pierwszym karmieniem i długim tuleniem. Synka mogłam trzymać tak tylko 10 min, bo musieli Go szybko zabrać do inkubatora, ze starszą Córką w ogóle jeszcze tego nie praktykowano, zwłaszcza po cc, teraz miało być inaczej, ale nie udało się.. smutno.. ale byliśmy sobie tak we trójeczkę, tyle, już z ubraną Tosieńką, na tym korytarzyku, tam też pierwszy raz przystawiłam Maleńką do piersi, przepięknie nam to wyszło, Tola złapała od razu o co w tym chodzi, pięknie jadła, nie było tym razem łez ani moich ani maleństwa, cudownie :) T pstrykał nam zdjęcia i pstrykał, zaczął wysyłać smsy, najpierw do rodziców, mojej siostry i Pana Doktora, potem do całej reszty, zaraz rozdzwoniły się telefony, smsy przychodziły jeden za drugim, T czynił honory mojej sekretarki, bo ja miałam swoją Toleńkę, karmiłam Ją, tuliłam i napatrzeć się nie mogłam. W tle słyszałam z sal obok krzyki rodzących, przerażało mnie to, łzy same mi leciały i cieszyłam się, że to już za mną...
Mój poród wywarł na mnie jakiś dziwny uraz w psychice, tak szalenie się go bałam, a potem przerósł moje oczekiwania, niby wiedziałam co mnie czeka, znałam ten ból, którego tak szalenie się obawiałam, to jednak był on większy niż zakładałam, moja niemoc mnie przybiła, miałam do siebie żal jakiś, że jestem słaba, że nie mogłam podołać, ból który przeżyłam przerósł mnie najzwyczajniej, był koszmarem.. i tak jak przy porodzie Synka trzy lata wcześniej też się wycierpiałam, też nie wierzyłam w swoje siły, też przeżyłam zaskoczenie, że to aż tak boli, też były chwile zwątpienia, to szło mi to lepiej - było podobnie intensywnie i w szalonym wyczerpującym tempie, to jednak chciałam o porodzie zaraz po rozmawiać, chciałam wszystko od razu wiedzieć jak to było, co się wokół działo, jak T to z boku widział, rozmowa o porodzie, jeszcze tam na sali porodowej była czymś miłym, razem z T uśmiechnięci opowiadaliśmy sobie swoje odczucia i przeżycia minutę po minucie.. teraz tego nie chciałam, bałam się każdego pytania o poród, nie zaczynałam w ogóle na ten temat rozmowy, bałam się go nadal, mimo, że był już za mną.. dziwne to było, dziwnie się czułam, skupiałam się tylko na maleńkiej i dziękowałam Bogu, że to już za mną. T był przeszczęsliwy, a ja zgubiona, jakaś taka nieobecna, zmęczona i gdzieś w głębi rozżalona... Co jakiś czas podchodziła do nas położna, albo pielęgniarka, kontrolowały mnie, kroplówkę, pytały o samopoczucie, a mi było źle, moja psychika kulała, gdyby nie to, że T był obok, był taki radosny i rozczulony, gdyby nie to, że Toleńka w pełni zdrowa, donoszona, urodzona o czasie, to nie dała bym chyba rady, wyła bym tam strasznie.. nie wiem, to chyba był jakiś szok poporodowy. Tak jak trzy lata temu po porodzie zaraz czułam się spełniona, czułam się bohaterką, tak teraz, chciałam wymazać to wszystko z pamięci przez co przeszłam, cały ten ból, tzw amnezja poporodowa do mnie nie zawitała.
Kiedy juz wszystkie dziewczyny urodziły i rozkoszowały się upragnioną ulgą, położne mogły się w pełni zająć pozostałymi obowiązkami, byliśmy nieopodal ich kącika, więc słyszeliśmy wszystko. Położna stwierdziła, że to było jakieś szaleństwo, że od rana na oddziale była głucha cisza, nic się nie działo, aż nagle wszystkie naraz postanowiłyśmy rodzić, Dr Mateusz też się śmiał i powiedział, że chce aby ten dzień już się skończył, bo najpierw od rana na ginekologii było szaleństwo, a teraz tu na położnictwie, zastanawiał się czy to jakaś pełnia księżyca, czy co :) Położna pokręciła głową i usiadła do dokumentacji, mówiąc:
- Boże, Pani Iwonka już urodziła, a ja jej jeszcze w pełni na oddział nie przyjęłam.. dobrze, to był trzeci poród, ciąża czwarta, drugi poród fizjologiczny..jedną ciążę Pani Iwonka po drodze zgubiła, hm.. poproszę Pana na moment.
Zawołała mojego T, aby Jej parę danych podał. Pośmiali się z Nim tam wszyscy, a cukrowali Mu, ze hej, że pięknie daty narodzin dzieci zna, że teraz kolejna do zapamiętania, no i chwalili Go, jak to pięknie przy porodzie pomagał, że naprawdę dobrą robotę odwalił. Byłam dumna z Niego, czego nie mogłam powiedzieć o sobie, jakoś tak odczuwałam swoją wewnętrznie osobistą porażkę, źle mi z tym było okrutnie, zamknęłam oczy i rozkoszowałam się tą ulgą, jaka przyszła po trudach porodu..

nie wiem ile z Was dotrwało tu ze mną do końca, ale tak to u mnie wyglądało, inaczej w słowa tego ubrać nie umiałam :)


Offline abc123456

  • mama zadomowiona
  • **
  • Wiadomości: 124
    • Zobacz profil
Odp: poród przez duże P czyli nasze historie o porodach
« Odpowiedź #109 dnia: Lipiec 24, 2018, 03:21:49 »
abc20180724
twins jerseys
ralph lauren uk
air max
ralph lauren uk
louis vuitton outlet store
coach factory outlet online
blue jays jerseys
yeezy shoes
abercrombie kids
fendi handbags
michael kors canada
coach outlet store
michael kors outlet clearance
supra for sale
ugg outlet store
air foamposite
cheap ray ban sunglasses
birkenstock outlet store
adidas superstars
polo ralph lauren outlet online
indians jerseys
air max 87
pandora outlet
oakley sunglasses wholesale
moncler coats
adidas superstar shoes
pandora charms outlet
ray ban sunglasses outlet
michael kors outlet online
pandora charms
kate spade handbags
coach outlet store
nike cortez classic
louis vuitton outlet
air more money
pandora charms outlet
coach outlet online
kate spade handbags
polo ralph lauren outlet
cheap ray ban sunglasses
cheap jordan shoes
canada goose sale
canada goose
pandora jewelry store
yeezy boost 350
pandora jewelry outlet
nmd adidas
louis vuitton handbags
cheap air jordans
cartier watches
hermes bags
mlb jerseys cheap
coach factory outlet
cheap jordans
birkenstock shoes outlet
canada goose coats
uggs outlet
asics outlet
coach factory outlet online
ecco outlet
kate spade handbags
michael kors outlet store
fitflop sandals
polo ralph lauren
nike outlet store
louboutin outlet
nike shox shoes
ralph lauren outlet
ecco shoes for women
cheap jordans
nike air presto
canada goose
polo ralph lauren outlet
mlb jerseys wholesale
adidas yeezy boost
air max 95
canada goose coats
hermes bag
pandora charms
cheap nike shoes
michael kors outlet online
cheap ray ban sunglasses
air jordan shoes
ray bans
coach factory outlet online
canada goose
coach factory outlet online
cheap jordan shoes
coach factorty outlet store
ralph lauren
philipp plein outlet
pandora charms outlet
lacoste polo shirts
kate spade purses
ralph lauren sale
nike cortez classic
canada goose outlet store
tiffany and co outlet
tory burch handbags
longchamp outlet
yeezy boost 350
mulberry outlet uk
yeezy shoes
ugg boots
kate spade outlet store
ralph lauren sale
michael kors
pandora charms sale clearance
new balance outlet
vans outlet
red bottom heels
longchamp outlet
padres jerseys
cheap air jordans
nike free 3.0
coach outlet online
air max outlet
nike shoes
nfl jerseys
diamondbacks jerseys
canada goose jacket
pandora charms sale clearance
birkenstock sale
kobe shoes
orioles jerseys
salvatore ferragamo shoes
michael kors handbags
canada goose jackets
oakey sunglasses outlet store
abc20180724

Offline abc123456

  • mama zadomowiona
  • **
  • Wiadomości: 124
    • Zobacz profil
kebirong
« Odpowiedź #110 dnia: Wrzesień 11, 2018, 08:12:54 »
http://www.michaelkorsoutletblackfriday.us.com
http://www.michaelkorsoutletdiscount.us.com
http://www.coachoutletsonlinefactory.us.com
http://www.poloralphlaurenshirts.org.uk
http://www.pandoraoutletstores.us.com
http://www.supremeoutlets.us.com
http://www.coachfactoryoutleta.us.com
http://www.uggclearanceboots.us.com
http://www.giuseppezanottioutlet.us.com
http://www.louboutinshoesoutlet.us
http://www.toryburchoutletshoes.us.com
http://www.cheapnfljerseysonlines.us.com
http://www.coach-outletonlinecoachfactoryoutlet.us.com
http://www.michaelkorshandbagss.co.uk
http://www.coachoutletssale.us.com
http://www.katespade-outlets.in.net
http://www.uggsoutletsugg.us.com
http://www.longchampoutletonlinestore.us.org
http://www.superdryclothing.co.uk
http://www.nikeoutlet.name
http://www.mbt-shoes.us.com
http://www.polooutletus.us.com
http://www.polooutletsfactorystore.us.com
http://www.michaelkorsoutletkor.us.com
http://www.canadagoosejacketscoat.org.uk
http://www.michaelkorsoutlet-clearance.in.net
http://www.christianlouboutinoff.us.com
http://www.oakleyssunglasseswholesale.us.org
http://www.pandorasoutlet.us.com
http://www.giuseppe-zanotti.in.net
http://www.michaelkorsoutletfree.us.com
http://www.montblancpenscom.us.com
http://www.coachoutlethandbags.us.com
http://www.clarks-shoes.us.com
http://www.canadagoosejacketsgoose.org.uk
http://www.michaelkorsoutlet-sale.us.com
http://www.coachoutletsales.us.com
http://www.christianlouboutinoutletinc.us.com
http://www.ralphlaurenofficial.us.com
http://www.michaelkorsoutlet-online.in.net
http://www.raybansglasses.com.co
http://www.coachfactoryoutletstoreofficial.us.com
http://www.uggoutletsale.net.co
http://www.christianlouboutinoutletsales.us.com
http://www.michaelkorsoutletclearance.name
http://www.coachoutletonlineoutlet.us.com
http://www.ralphlaurenoutletstores.us.com
http://www.fredperrypolo-shirts.us.com
http://www.nikeoutlet.com.co
http://www.outletuggstore.us.com
http://www.coach-outletcanada.ca
http://www.pandoracharmsshop.us.com
http://www.oakley-sunglasses.org.uk
http://www.ralphlauren-saleclearance.org.uk
http://www.adidasnmdblack.us.com
http://www.cheapuggsboots.com.co
http://www.michaelkorshandbagsclearanceoutlet.us.com
http://www.uggoutletclearance.net.co
http://www.vansshoes.in.net
http://www.birkenstockoutlets.us.com
http://www.nbajerseys-cheap.us.com
http://www.kate-spadeoutlet.us.org
http://www.mcmhandbagsoutlet.us.org
http://www.raybansunglasseswayfarer.us.com
http://www.mbtoutlet.us.com
http://www.coachfactoryoutletsaleonlines.us.com
http://www.adidasyeezyshoes.us.org
http://www.shoeschristianlouboutin.us.org
http://www.michaelkorsoutletfactoryus.us.com
http://www.fredperrypolo.org.uk
http://www.canadagooseoutletshop.us.com
http://www.outlet-canadagoose.us.org
http://www.edhardyclothing.us.com
http://www.katespadeonlineoutlet.us.org
http://www.off--whiteclothing.us.com
http://www.fredperryoutlet.us.com
http://www.canadagooseoutlet-sale.com.co
http://www.nhljerseyscom.us.com
http://www.adidasyeezyshoess.us.com
http://www.michaelkorshandbagss.org.uk
http://www.coachoutletonline.org
http://www.ralphlaurenpolosale.us.com
http://www.nike-shoes.us.org
http://www.truereligionjeansofficial.us.com
http://www.michaelkorsoutletfactorystores.us.com
http://www.poloralphlaurenstore.us.com
http://www.oakleysunglassessi.us.org
http://www.nikeoutletfactory.us.com
http://www.polo-ralphlauren-pascher.fr
http://www.coachoutletonlineofficials.us.com
http://www.pandoracharmsjewelry.com.co
http://www.mulberryhandbagshobo.org.uk
http://www.true-religion.us.com
http://www.redbottomshoessale.us.com
http://www.coachoutletfactorysite.us.com
http://www.pradaoutletstore.us
http://www.canadagoosejacketsofficial.com.co
http://www.michaelkorsoutletmichael.us.com
http://www.christianlouboutinoutletonlines.us.com
http://www.yeezyboosts.us.com
kebirong20180911

Offline Aguusak

  • mama świeżynka
  • *
  • Wiadomości: 15
    • Zobacz profil
Odp: poród przez duże P czyli nasze historie o porodach
« Odpowiedź #111 dnia: Wrzesień 16, 2018, 06:33:47 »
troche mnie nastraszylyscie